Podczas pierwszych dni podróży byliśmy szczęśliwi. Była to nasza podróż poślubna; płynęliśmy do Stanów Zjednoczonych -- mój mąż, by ukończyć studia, i ja również, ponieważ otrzymałam stypendium.
Nieustannie cieszyliśmy się widokiem morza, muzyką, rozrywkami, posiłkami, tym słodkim nicnierobieniem na pokładzie. Morskie powietrze, które sprawia, że mężczyźni stają się pełniejsi życia, sprawia też, że łatwiej się zakochują. Zawsze tak uważałam. Pod jego wpływem kochamy, nienawidzimy, rozpaczamy i doznajemy rozkoszy intensywniej niż pod wpływem jakiejkolwiek używki. Były to zapewne nasze pierwsze prawdziwe wakacje -- od bardzo młodych lat żyliśmy podporządkowani rodzinom naszych rodziców i zajęciom, które nas zniewalały.
Rano, o ósmej, jeśli nie wstawaliśmy, by oglądać wschód słońca, byliśmy już na pokładzie i ćwiczyliśmy. O jedenastej piliśmy rosół podawany z sucharkami i owocami. Resztę poranka, aż do obiadu, spędzaliśmy na słońcu, prawie nadzy. Po południu studiowaliśmy, a niektóre dni przeznaczaliśmy na odpoczynek -- czytając książki lub grając w karty z kilkoma pasażerami. Mieliśmy wrażenie, że przez cały dzień tylko jemy, śpimy, kochamy się albo czekamy, by się kochać.
Kochaliśmy się głęboko, tą nową radością, która polega na oddaleniu się od świata, pośród ludzi nam obcych albo ledwie znanych.
Wśród pasażerów była Irena, która czytała z dłoni; Robert, iluzjonista; Ludwik, bogaty podróżnik i myśliwy; Jan, lekarz, który w pewnym momencie uratował mi życie; oraz dziewczynka Cyryla, którą opiekowałam się przez godzinę lub dwie po południu, pomagając jej matce, cierpiącej na anemię.
Robert mnie fascynował swoimi sztuczkami i czasem zamieniał ze mną kilka słów, gdy wchodziliśmy po schodach albo mijaliśmy się na pokładzie. Mój mąż go nie lubił. Nie mówił mi tego wprost, ale widziałam to po tym, jak marszczył brwi albo czoło. Czy on sam nie rozmawiał z każdą kobietą na statku, gdy tylko miał okazję?
Z Ludwikiem nie śmiałam rozmawiać -- patrzył na mnie zbyt uważnie, swoimi ciemnymi, bezwzględnymi oczami. Gdy tylko próbował do mnie zagadać, odwracałam wzrok, udając roztargnienie. Z tajemniczym Janem, który uratował mi życie, mój mąż prawie nie rozmawiał.
Życie, tak przyjemne w pierwszych dniach, stało się trudne. Aby się choć trochę oderwać, zajęłam się Cyrylą, pięcioletnią dziewczynką, która spędzała popołudnia w sali gimnastycznej dla dzieci, gdzie stał drewniany koń, huśtawki i inne zabawki, jakie spotyka się w parkach. Byłam zauroczona tą małą istotą. Moje entuzjastyczne zainteresowanie nią, studziło zazdrość męża.
Nasza podróż nie przypominała podróży poślubnej. Gorycz podobna do tej, jaką widywałam u małżeństw z długim stażem, niszczyła naszą zgodę. Nie kochaliśmy się jednak przez to mniej. Przeciwnie. W ciągu dnia godziliśmy się pięć albo sześć razy; te pojednania były gwałtowne. Nie obwiniam go bardziej niż siebie. Jestem mściwa - byłam taka od dzieciństwa: gdy tylko widziałam go rozmawiającego z kobietą, która nie była bardzo stara, szukałam jakiegoś mężczyzny, z którym mogłabym zamienić kilka słów, żeby mój mąż poczuł to uczucie, którego najbardziej nienawidziłam: zazdrość.
Dopiero po piętnastu dniach zdecydowałam się porozmawiać z Ludwikiem. Mąż, który kocha swoją żonę, zauważa, kiedy ona czuje pociąg do innego mężczyzny -- coś w głosie, coś w spojrzeniu, coś w zachowaniu ją zdradza. Mój mąż musiał to dostrzec, bo stał się wobec mnie oschły i drażliwy, nie przestając być uprzejmym wobec innych kobiet.
Pewnego dnia Ludwik, pod pretekstem pokazania mi broni myśliwskiej, zaprosił mnie do swojej kabiny. Nie powinnam była przyjąć tego zaproszenia. Jego sposób patrzenia i głos mnie niepokoiły. Aby zemścić się za niewierności -- być może tylko wyobrażone -- mojego męża, czułam się zdolna do wszystkiego. Weszłam do jego kabiny jak ktoś, kto idzie na własną zgubę.
Gdy zostaliśmy sami, poczułam wstyd. On odebrał to inaczej. Chciał mnie objąć. Uchylałam się. Zamknął drzwi na klucz. Zaczęłam wrzeszczeć.
Po tym wydarzeniu Ludwik patrzył na mnie z bezczelną urazą. Nie wybaczył mi obojętności.
Mój mąż, pod pretekstem poznania swojego losu, rozmawiał z Ireną nocami, gdy ja rozbierałam się do snu. Widziałam ich razem na pokładzie: trzymała go za rękę i mówiła mu rzeczy, których nigdy mi nie powtarzał. Irena była kobietą dojrzałą. Jej szare oczy miały w sobie coś niepokojącego. Początkowo mówił mi się, że żaden mężczyzna nie mógłby się w niej zakochać, z czasem jednak ja sama odkryłam w niej urok i siłę, które mnie przeraziły. Pomyślałam, że mój mąż jednak czuje do niej pociąg, a jego zainteresowanie przyszłością było jedynie pretekstem.
Robert próbował mnie rozweselić swoimi sztuczkami. Być może przeczuwał mój niepokój. Przy nim czułam się lekka, niemal dziecinna -- zawsze fascynowała mnie gra znikania i pojawiania się przedmiotów.
Mój mąż nie wierzył w moją niewinność, tak jak ja nie wierzyłam w jego. Statek jest całym światem -- a w tym świecie zaczęliśmy przeżywać naszą miłość w sposób wypaczony. Nie wiem, czy pasażerowie słyszeli nasze kłótnie. Czasem szliśmy na dziób, a wiatr przynosił słone podmuchy na nasze usta, gdy się sprzeczaliśmy. Czasem na rufę, gdzie, z pochylonymi głowami, patrzyliśmy na niebieską smugę pozostawianą przez statek i na latające ryby, które wyskakiwały z wody, gdy my niszczyliśmy sobie dusze -- półszeptem i tytoniem. Czasem, gdy wszyscy już spali, zostawaliśmy na pokładzie jak dwa wpatrzone w siebie widma.
Powody naszych kłótni nie były proporcjonalne do furii, jaką wywoływały. Wystarczyła upuszczona chusteczka, gest dłoni, źle powiedziane „dzień dobry” (podobno chodzi o ton i stawiany akcent, albo w ogóle -- brak ,,dzień dobry"), bladość policzków albo zbyt długie spojrzenie w lustro, by gniew wybuchł.
Tamtego dnia staliśmy oparci o burtę. Było zimno. Mieliśmy na sobie najgrubsze płaszcze, a jednak nie czuliśmy chłodu ani na twarzach, ani na odsłoniętych dłoniach. Kłóciliśmy się -- nie wiem już o co.
Pamiętam wszystkie powody naszych kłótni, oprócz tego jednego, który zdawał się zawierać w sobie wszystkie inne. Morze miało barwę stalowej szarości. Białe słońce bardziej przypominało księżyc. Patrzyłam na niebo i wodę jak we śnie.
Oboje nie mieliśmy sobie nic do powiedzenie, oboje chcieliśmy aby druga strona mówiła, oboje chcieliśmy coś usłyszeć.
Nagle statek zadrżał i przechylił się w lewo. Kłóciliśmy się dalej. Rozległa się syrena. Pasażerowie biegali po pokładzie, zbierając z radością kawałki lodu, które spadły na deski, i podrzucali je w górę. Kłóciliśmy się dalej. Statek przechylał się coraz bardziej. Oficer poinformował nas, że uderzyliśmy w górę lodową. Statek tonął. Podziękowaliśmy mu. Kłóciliśmy się dalej.
Poruszenia statku, skrzypienie, przesuwające się meble -- wszystko działo się wokół nas, jakby było częścią obcego spektaklu. Ludzie gromadzili się w kątach jak zwierzęta bojące się gradu. Szalupy ratunkowe były już opuszczone.
Kłóciliśmy się. Czy chcieliśmy się ratować? Oficer przyszedł po mnie. Powiedziałam, że zostanę z mężem, jeśli w szalupach nie będzie dla niego miejsca.
Kłóciliśmy się dalej. Tłum ludzi runął na nas, gdy otwarto przejścia między klasami. Gorzki smak morza, tak podobny do łez, dostał się do moich ust. Zemdlałam.
Nie wiem, kto nas uratował. Ale kimkolwiek był, wybaczam mu. Gdy odzyskałam przytomność, świat trwał dalej, większy niż nasz strach.
Było w nim jeszcze miejsce.
No comments:
Post a Comment