SZKIC O MIŁOŚCI I

czyli kocham cię, ale ponieważ niewytłumaczalnie kocham w tobie coś więcej niż ty, okaleczam cię


Lacan utrzymywał, że o miłości nie da się mówić w sposób niewinny ani czysty. Każda próba mówienia o niej wpada w ton nieporadny, banalny albo nieco żałosny. Między miłością a mową istnieje napięcie, którego nie da się łatwo rozbroić. Jeśli potraktować to poważnie, pojawia się pytanie, czy klasyczne „kocham cię” w ogóle spełnia to, co obiecuje.

A jednak niemal natychmiast pojawia się inny trop. To napięcie nie dotyczy w takim samym stopniu pisania. O miłości nie można mówić -- ale można o niej pisać. I to rozróżnienie nie jest przypadkowe. List, w przeciwieństwie do mowy, ma ciężar: jest rzeczą, śladem, czymś, co krąży i działa, nawet jeśli nikt go nie otworzy. Lacan fascynował się tą materialnością listu -- jego zdolnością do wywoływania skutków niezależnie od treści.

List miłosny nie jest więc tylko nośnikiem słów. Jest obiektem, który wiąże, zobowiązuje, wystawia podmiot na działanie czegoś, co go przekracza. Może przybierać nieoczekiwane formy, może wracać, gubić się, zmieniać adresata. I właśnie w tej osobliwej autonomii tkwi jego siła.

Ale sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Choć nie potrafimy powiedzieć miłości, możemy -- paradoksalnie -- kochać, mówiąc. Mowa może nie opisywać miłości, ale potrafi ją wytwarzać. Tak dzieje się choćby w relacji przeniesienia: miłość pojawia się nie dlatego, że została dobrze nazwana, lecz dlatego, że została wypowiedziana. Jakby samo mówienie, nawet nieudolne, było aktem sprawczym.

Problem w tym, że ta kreacja rzadko bywa stabilna. Miłość powołana do istnienia przez mowę jest krucha, pełna nieporozumień, podatna na rozczarowanie. Mówimy o niej, ale nie umiemy powiedzieć nic pewnego.

,,Kochać to dawać to, czego się nie ma (komuś kto nie istnieje/kto tego nie chce)

Jedno z najbardziej znanych zdań Lacana -- brzmi jak paradoks, ale właśnie w nim skupia się jego myślenie o miłości.

Aby to uchwycić, sięga do starej opowieści z Uczty Platona -- mitu o narodzinach Erosa. Miłość przychodzi na świat jako dziecko dwojga bardzo różnych postaci: Porosa i Penii.

Penia uosabia brak. Jest niedostatkiem, pustką, kimś, kto nie ma zabezpieczenia ani zasobów. Platońskie aporia dobrze oddaje jej kondycję: bezdroże, punkt, w którym nie ma gotowych rozwiązań. Poros jest jej przeciwieństwem -- sprytem, zaradnością, umiejętnością radzenia sobie. Wie, jak znaleźć wyjście, jak coś wymyślić, jak obejść przeszkodę.

Podczas uczty z okazji narodzin Afrodyty Poros upija się i zasypia. Penia pozostaje na zewnątrz. Gdy nadarza się okazja, zbliża się do niego -- i z tego spotkania rodzi się Miłość.

To, co istotne, dzieje się na kilku poziomach naraz. Miłość zostaje poczęta w dniu narodzin piękna, dlatego zawsze będzie miała z nim jakiś niejasny, nie do końca uchwytny związek. Ale jednocześnie dziedziczy po rodzicach coś głębszego: jest jednocześnie brakiem i wynalazczością, potrzebą i ruchem, nienasyceniem i zdolnością do szukania.

Najbardziej znaczące jest jednak odwrócenie ról. To Penia pragnie. To ona inicjuje. A przecież właśnie ona niczego nie ma. I właśnie dlatego może kochać. Daje to jedyne, czym dysponuje -- swoją niepełność.

Dla Lacana miłość nie rodzi się z obfitości ani z poczucia kompletności. Przeciwnie: pojawia się wtedy, gdy ktoś zgadza się na to, że nie jest całością, być może -- nie pasuje do siebie. Kochać znaczy wystawić na drugiego własny brak, pozwolić, by to, co w nas niedomknięte, zostało rozpoznane i przyjęte. Chodzi o brak, który nie paraliżuje, lecz porusza.

 … temu, kto tego nie chce

Lacan dodaje do swojej formuły jeszcze jeden, niepokojący element. Ten fragment wyostrza problem i zmusza do rozróżnienia, które było dla niego kluczowe: różnicy między miłością a pragnieniem.

Aby ją uchwycić, Lacan ponownie wraca do Uczty Platona. Zwraca uwagę na scenę, w której Alkibiades wyznaje miłość Sokratesowi. Oczekiwałby zapewne odpowiedzi w tym samym rejestrze -- wzajemności, potwierdzenia, symetrii uczuć. Tymczasem Sokrates odpowiada inaczej: nie oddaje miłości, lecz kieruje uwagę Alkibiadesa z powrotem na jego własne pragnienie. Jakby mówił: to, co widzisz we mnie, mówi więcej o tobie niż o mnie.

Lacan zauważa, że miłość i pragnienie to dwa różne sposoby odnoszenia się do braku. Są jak „dwa słowa miłości o przeciwnych akcentach”, a jednak pozostają w obrębie tej samej struktury. Pragnienie chce posiadać, zbliżyć się, zagarnąć. Miłość natomiast dotyka czegoś innego: sposobu, w jaki brak zostaje rozpoznany i utrzymany.

W tym sensie kochać nie znaczy po prostu odwzajemniać uczucie. Nie chodzi o to, by oddać drugiemu to, co on nam ofiarowuje. Kochać znaczy trafnie odczytać i uszanować cudzy brak, nawet jeśli jest to niewygodne, nawet jeśli nie przynosi natychmiastowej ulgi ani satysfakcji.

I tu pojawia się trudna prawda: zazwyczaj nie chcemy, by ktoś nam ten brak przedstawiał. Wolelibyśmy, by nas „uzupełniono”, uspokojono, zapewniono o pełni. Chcemy miłości, która koi, a nie takiej, która przypomina o tym, że czegoś zasadniczo nie da się domknąć. A jednak doświadczenie straty i żałoby pokazuje, że bez zdolności uznania cudzego braku miłość nie może się utrzymać.

Lacan ujmuje to w sposób bezlitosny, ale precyzyjny:

„To, co dajemy w miłości, jest zasadniczo tym, czego nie mamy. A kiedy to, czego nie mamy, wraca do nas, pojawia się regresja i zarazem odsłania się sposób, w jaki zawiedliśmy drugą osobę -- nie potrafiąc właściwie przedstawić jej braku”.

Miłość więc nie polega na lustrzanym odbiciu, na podobieństwach, na odnajdywaniu się w drugim człowieku. Nie polega na tym, że dostajemy z powrotem to, co daliśmy. Przeciwnie: w chwili, gdy brak wraca do nas w tej samej formie, coś się psuje. Jakby miłość nie mogła znieść symetrii.

Żądam czy pragnę?


Na początku jest żądanie. Nie jest ono skierowane ku rzeczy. Nawet jeśli przybiera taką formę, w istocie zawsze dotyczy obecności drugiego. Jest wołaniem o miłość, sprawdzaniem, czy ktoś jest, czy odpowiada, czy zostaje. Dlatego każdy gest, każda odpowiedź lub jej brak natychmiast stają się dowodem miłości albo jej odmowy.

Żądanie wszystko upraszcza. Cokolwiek zostaje spełnione -- przedmiot, obietnica, gest -- zostaje natychmiast sprowadzone do jednego pytania: czy mnie kochasz? I nawet jeśli potrzeba zostanie zaspokojona, coś zawsze pozostaje niespełnione. Tym czymś jest właśnie żądanie miłości.

W tę strukturę wślizguje się pragnienie. Nie pojawia się czysto, nigdy nie występuje samo. Każde żądanie niesie w sobie coś więcej, niż deklaruje -- jest rozdarte między potrzebą a pragnieniem. Pragnienie nie jest ani chęcią zaspokojenia, ani prośbą o miłość. Jest różnicą między nimi. Szczeliną, która powstaje tam, gdzie jedno nie pokrywa się z drugim.

Dlatego pragnienie nie szuka rzeczy ani nawet osoby jako takiej. Szuka czegoś niematerialnego -- bycia usłyszanym bez powodu. Każde żądanie chce być wysłuchane, ale pragnienie chce być wysłuchane „na nic”. Bez uzasadnienia, bez rachunku zysków, bez warunku.

I tu pojawia się moment decydujący: to, czego szuka pragnienie, nie należy do nas. Należy do Innego. Nie chodzi o to, by drugi dał nam to, czego chcemy, lecz by odsłonił coś, czego sam nie ma. To nie przedmiot jest kluczowy, lecz pragnienie obecne w drugim -- jego brak, jego otwartość, jego niedomknięcie.

Żądać miłości znaczy w istocie pragnąć drugiego jako istoty pragnącej. Chcieć zobaczyć, że i on czegoś nie posiada, że nie jest pełny, że czegoś mu brakuje. Właśnie z tego braku rodzi się miłość.

Bliżej, coraz bliżej... (il n’y a pas de rapport sexuel)


Nie sposób mówić o miłości u Lacana, nie dotykając jej relacji z seksem. Ale to, co proponuje, dalekie jest od potocznych wyobrażeń.

Miłość jest czymś zupełnie innym. Nie jest zwieńczeniem seksu ani jego dojrzalszą formą. Przeciwnie: rodzi się z tego, co w seksie nie pasuje, co zostaje na marginesie, co nie daje się zintegrować. Jeśli seks jest chaotycznym splotem popędów, miłość wyrasta z resztki -- z tego, co nie znalazło miejsca, ale właśnie dlatego zaczyna znaczyć. Miłość nie porządkuje popędów. Ona pojawia się obok nich, z niczego, z pęknięcia. 

Jacques Lacan przypomina nam, że w seksie każdy jest w dużej mierze zdany na siebie. Naturalnie ciało drugiej osoby musi być zapośredniczone, ale ostatecznie przyjemność zawsze będzie twoją przyjemnością.

Seks oddziela, a nie łączy.

Fakt, że jesteś nagi i przyciskasz się, zbliżasz do drugiej osoby, to obraz, wyobrażenie. Rzeczywistością jest przyjemność, która oddala cię bardzo, bardzo daleko od drugiej osoby. Rzeczywistością jest to, co spaja, należy do porządku wyobrażeniowego.

Zatem nie ma czegoś takiego jak związek seksualny -- podsumowuje Lacan. Jego teza zszokowała ludzi, ponieważ w tamtych czasach wszyscy mówili tylko o „związkach seksualnych”. Skoro w seksualności nie ma związku, to miłość sytuuje się w jego braku.

Skoro w seksualności nie ma związku, miłość nie scala tego, co się rozchodzi. Jest raczej upartą próbą trwania przy drugim mimo tego rozdarcia. Nie naprawia separacji ujawnionej przez seks, lecz ją potwierdza i czyni znośną -- czasem kosztem iluzji, czasem kosztem podmiotu. Miłość nie obiecuje spotkania; najwyżej pozwala pozostać w jego pobliżu, wiedząc, że nigdy się nie wydarzy.



Podziękowaliśmy oficerowi

Podczas pierwszych dni podróży byliśmy szczęśliwi. Była to nasza podróż poślubna; płynęliśmy do Stanów Zjednoczonych -- mój mąż, by ukończyć studia, i ja również, ponieważ otrzymałam stypendium.

Nieustannie cieszyliśmy się widokiem morza, muzyką, rozrywkami, posiłkami, tym słodkim nicnierobieniem na pokładzie. Morskie powietrze, które sprawia, że mężczyźni stają się pełniejsi życia, sprawia też, że łatwiej się zakochują. Zawsze tak uważałam. Pod jego wpływem kochamy, nienawidzimy, rozpaczamy i doznajemy rozkoszy intensywniej niż pod wpływem jakiejkolwiek używki. Były to zapewne nasze pierwsze prawdziwe wakacje -- od bardzo młodych lat żyliśmy podporządkowani rodzinom naszych rodziców i zajęciom, które nas zniewalały.

Rano, o ósmej, jeśli nie wstawaliśmy, by oglądać wschód słońca, byliśmy już na pokładzie i ćwiczyliśmy. O jedenastej piliśmy rosół podawany z sucharkami i owocami. Resztę poranka, aż do obiadu, spędzaliśmy na słońcu, prawie nadzy. Po południu studiowaliśmy, a niektóre dni przeznaczaliśmy na odpoczynek -- czytając książki lub grając w karty z kilkoma pasażerami. Mieliśmy wrażenie, że przez cały dzień tylko jemy, śpimy, kochamy się albo czekamy, by się kochać.

Kochaliśmy się głęboko, tą nową radością, która polega na oddaleniu się od świata, pośród ludzi nam obcych albo ledwie znanych.

Wśród pasażerów była Irena, która czytała z dłoni; Robert, iluzjonista; Ludwik, bogaty podróżnik i myśliwy; Jan, lekarz, który w pewnym momencie uratował mi życie; oraz dziewczynka Cyryla, którą opiekowałam się przez godzinę lub dwie po południu, pomagając jej matce, cierpiącej na anemię.

Robert mnie fascynował swoimi sztuczkami i czasem zamieniał ze mną kilka słów, gdy wchodziliśmy po schodach albo mijaliśmy się na pokładzie. Mój mąż go nie lubił. Nie mówił mi tego wprost, ale widziałam to po tym, jak marszczył brwi albo czoło. Czy on sam nie rozmawiał z każdą kobietą na statku, gdy tylko miał okazję?

Z Ludwikiem nie śmiałam rozmawiać -- patrzył na mnie zbyt uważnie, swoimi ciemnymi, bezwzględnymi oczami. Gdy tylko próbował do mnie zagadać, odwracałam wzrok, udając roztargnienie. Z tajemniczym Janem, który uratował mi życie, mój mąż prawie nie rozmawiał.

Życie, tak przyjemne w pierwszych dniach, stało się trudne. Aby się choć trochę oderwać, zajęłam się Cyrylą, pięcioletnią dziewczynką, która spędzała popołudnia w sali gimnastycznej dla dzieci, gdzie stał drewniany koń, huśtawki i inne zabawki, jakie spotyka się w parkach. Byłam zauroczona tą małą istotą. Moje entuzjastyczne zainteresowanie nią, studziło zazdrość męża.

Nasza podróż nie przypominała podróży poślubnej. Gorycz podobna do tej, jaką widywałam u małżeństw z długim stażem, niszczyła naszą zgodę. Nie kochaliśmy się jednak przez to mniej. Przeciwnie. W ciągu dnia godziliśmy się pięć albo sześć razy; te pojednania były gwałtowne. Nie obwiniam go bardziej niż siebie. Jestem mściwa - byłam taka od dzieciństwa: gdy tylko widziałam go rozmawiającego z kobietą, która nie była bardzo stara, szukałam jakiegoś mężczyzny, z którym mogłabym zamienić kilka słów, żeby mój mąż poczuł to uczucie, którego najbardziej nienawidziłam: zazdrość.

Dopiero po piętnastu dniach zdecydowałam się porozmawiać z Ludwikiem. Mąż, który kocha swoją żonę, zauważa, kiedy ona czuje pociąg do innego mężczyzny -- coś w głosie, coś w spojrzeniu, coś w zachowaniu ją zdradza. Mój mąż musiał to dostrzec, bo stał się wobec mnie oschły i drażliwy, nie przestając być uprzejmym wobec innych kobiet.

Pewnego dnia Ludwik, pod pretekstem pokazania mi broni myśliwskiej, zaprosił mnie do swojej kabiny. Nie powinnam była przyjąć tego zaproszenia. Jego sposób patrzenia i głos mnie niepokoiły. Aby zemścić się za niewierności -- być może tylko wyobrażone -- mojego męża, czułam się zdolna do wszystkiego. Weszłam do jego kabiny jak ktoś, kto idzie na własną zgubę.

Gdy zostaliśmy sami, poczułam wstyd. On odebrał to inaczej. Chciał mnie objąć. Uchylałam się. Zamknął drzwi na klucz. Zaczęłam wrzeszczeć.

Po tym wydarzeniu Ludwik patrzył na mnie z bezczelną urazą. Nie wybaczył mi obojętności.

Mój mąż, pod pretekstem poznania swojego losu, rozmawiał z Ireną nocami, gdy ja rozbierałam się do snu. Widziałam ich razem na pokładzie: trzymała go za rękę i mówiła mu rzeczy, których nigdy mi nie powtarzał. Irena była kobietą dojrzałą. Jej szare oczy miały w sobie coś niepokojącego. Początkowo mówił mi się, że żaden mężczyzna nie mógłby się w niej zakochać, z czasem jednak ja sama odkryłam w niej urok i siłę, które mnie przeraziły. Pomyślałam, że mój mąż jednak czuje do niej pociąg, a jego zainteresowanie przyszłością było jedynie pretekstem.

Robert próbował mnie rozweselić swoimi sztuczkami. Być może przeczuwał mój niepokój. Przy nim czułam się lekka, niemal dziecinna -- zawsze fascynowała mnie gra znikania i pojawiania się przedmiotów.

Mój mąż nie wierzył w moją niewinność, tak jak ja nie wierzyłam w jego. Statek jest całym światem -- a w tym świecie zaczęliśmy przeżywać naszą miłość w sposób wypaczony. Nie wiem, czy pasażerowie słyszeli nasze kłótnie. Czasem szliśmy na dziób, a wiatr przynosił słone podmuchy na nasze usta, gdy się sprzeczaliśmy. Czasem na rufę, gdzie, z pochylonymi głowami, patrzyliśmy na niebieską smugę pozostawianą przez statek i na latające ryby, które wyskakiwały z wody, gdy my niszczyliśmy sobie dusze -- półszeptem i tytoniem. Czasem, gdy wszyscy już spali, zostawaliśmy na pokładzie jak dwa wpatrzone w siebie widma.

Powody naszych kłótni nie były proporcjonalne do furii, jaką wywoływały. Wystarczyła upuszczona chusteczka, gest dłoni, źle powiedziane „dzień dobry” (podobno chodzi o ton i stawiany akcent, albo w ogóle -- brak ,,dzień dobry"), bladość policzków albo zbyt długie spojrzenie w lustro, by gniew wybuchł.

Tamtego dnia staliśmy oparci o burtę. Było zimno. Mieliśmy na sobie najgrubsze płaszcze, a jednak nie czuliśmy chłodu ani na twarzach, ani na odsłoniętych dłoniach. Kłóciliśmy się -- nie wiem już o co.

Pamiętam wszystkie powody naszych kłótni, oprócz tego jednego, który zdawał się zawierać w sobie wszystkie inne. Morze miało barwę stalowej szarości. Białe słońce bardziej przypominało księżyc. Patrzyłam na niebo i wodę jak we śnie.

Oboje nie mieliśmy sobie nic do powiedzenie, oboje chcieliśmy aby druga strona mówiła, oboje chcieliśmy coś usłyszeć.

Nagle statek zadrżał i przechylił się w lewo. Kłóciliśmy się dalej. Rozległa się syrena. Pasażerowie biegali po pokładzie, zbierając z radością kawałki lodu, które spadły na deski, i podrzucali je w górę. Kłóciliśmy się dalej. Statek przechylał się coraz bardziej. Oficer poinformował nas, że uderzyliśmy w górę lodową. Statek tonął. Podziękowaliśmy mu. Kłóciliśmy się dalej.

Poruszenia statku, skrzypienie, przesuwające się meble -- wszystko działo się wokół nas, jakby było częścią obcego spektaklu. Ludzie gromadzili się w kątach jak zwierzęta bojące się gradu. Szalupy ratunkowe były już opuszczone.

Kłóciliśmy się. Czy chcieliśmy się ratować? Oficer przyszedł po mnie. Powiedziałam, że zostanę z mężem, jeśli w szalupach nie będzie dla niego miejsca.

Kłóciliśmy się dalej. Tłum ludzi runął na nas, gdy otwarto przejścia między klasami. Gorzki smak morza, tak podobny do łez, dostał się do moich ust. Zemdlałam.

Nie wiem, kto nas uratował. Ale kimkolwiek był, wybaczam mu. Gdy odzyskałam przytomność, świat trwał dalej, większy niż nasz strach.

Było w nim jeszcze miejsce.





7/8th of January

You often dream about houses, someone said. 
And swimming pools, I thought.

I fall into big, tearful eyes, and they turn into a sheet of water with an open sky. I sit on the shore and swing my legs. I may be one of many eyelashes, but I don't know who I belong to. What's more, I'm sure I'll fall out someday, perhaps with a tear. Our eyes are sewn together with fragile threads, it takes so little to sink them. 
I am the quietest day of every new year. It is only noisy on the way to the seventh house, wherever it is. Probably scattered under the trees, merged with the forest -- impassable, unfinished, with an overgrown garden and a well: a house where I will arrange cups for my first pay cheque on a ladder. 

I think about all this, but I'll wake up soon anyway. I'll check what time it is and come back. It's before four in the morning.

I quickly calculate: the floor needs to be removed, wooden panels are needed, heavy curtains, indigo bedding with frills, a Chinese teapot, family heirlooms. And so, calculating, I am back on the shore again.

It's still a dream. I'm in an open swimming pool, feeling the cold beneath me. I'm not thinking about anything, just waiting. Apparently, the future is the next five minutes, and the rest is imagination.
I move and hear the snow crunching. The edge is a snowdrift that I'm trying to get out of so I don't fall into the water. I don't know why, but I'm terrified of touching it. 

My thighs look as if someone has tattooed green ferns on them. I want to check if it's just a drawing, but that requires going into the water. Lots of green veins full of feathery, cool leaves. Gripping and ready to jump like rabbit paws.

At the other end of the space stood a woman -- slim and tall, smiling. Naked. Wearing only high Roman sandals, laced up to her knees. Her arms were like branches, flexible and outstretched, raised. She threw herself into the water and swam over.

I leaned towards her, and she put a blouse made of precious stones with hanging fringes on me, threads full of corals that covered my body. Beautiful and heavy like armour.


'Is it meant to be remembered?' I asked.

She touched my collarbone, as if counting something that could be lost.


Suddenly, it seemed to me that we were in water, separated, trapped in huge bubbles. It seemed to me that our mouths were moving without making a sound.

Underwater, Roman sandals were turning like clock hands. The crack of plastic. Stones covered my face, their weight pulling me to the bottom. 

I panic and call for help. Suddenly, I feel ashamed. The man on the phone says: 'I know where you are, you are at the beginning, ma'am, but if you are afraid, I can send someone.'

The bubbles dissolved in the water, and I felt even more ashamed.

'They're about to open the pool, and you'll remember this moment differently. Let's get out of here.' she said.

And I opened my eyes.

 



 

nad polami trzcin
jesteśmy
na łasce

tych roślin

ogień
udana
imitacja
życia

spalimy wszystko

ktoś mógłby powiedzieć

przywiązany do trzcin
trzyma go
za nogi
powietrze


above the reed fields

we are
at the mercy

of these plants

fire --
a practiced
imitation
of life

we will burn it all

someone could say

bound to the reeds
the air
holds him
by the legs

January 2026


The world has black, hollow eyes and the big hands of a craftsman. If the world is indifferent, as Kubrick said, then I imagine a deafening silence, the kind you get in January walking out into a snow-covered field.

Record message after signal, the grey, creaking snow that doesn't ruin life. We'll toast the new year, everyone goes into spring passing through a different door and we'll talk about it as if we know each other.

At this time, everything looks on with an indifferent eye. I can't say that from above, the sky is everywhere if you are a ball thrown into space, whatever it is. He sees everything like a chess player. Maybe one day I will have a daughter and she will be stronger than the silence of the world.

Indifferent when you have a high temperature, when you spill your coffee in bed, indifferent when you sell the last china elephant or recite a patriotic poem under a blackboard.

The indifference of the world is a lack of privacy and a sense of shame. And I wait, naïve that this is just a game. I've been in hiding for over 20 years and he's never started counting. You can stop now, say something.

In a while, someone enters the room and turns on the light. It's a nice day today, where are we going? Just wear your hat.

SZKIC O MIŁOŚCI I

czyli kocham cię, ale ponieważ niewytłumaczalnie kocham w tobie coś więcej niż ty, okaleczam cię Lacan utrzymywał, że o miłości nie da się m...